Strona główna
Jose Mujica - najbiedniejszy prezydent świata? NIE, dla NAS najbogatszy! PDF Drukuj Email

Jego "rezydencją" jest skromna chałupka na przedmieściach Montevideo, "limuzyną" - garbus z 1987 roku, a "ochroną" - samotny policjant i sędziwa suczka Manuela. Prawie całą pensję przeznacza na działalność charytatywną. Trudno się dziwić, że rządzący Urugwajem Jose Mujica bywa nazywany najbiedniejszym prezydentem świata.

"Bardzo się cieszę, że mogłem spotkać mądrego człowieka" - powiedział papież Franciszek po niedawnym spotkaniu z prezydentem Urugwaju. Najwyraźniej Ojciec Święty dołączył do coraz liczniejszego grona osób zafascynowanych niezwykłym i bezpretensjonalnym przywódcą południowoamerykańskiego kraju, który nawet na audiencję w Watykanie nie założył znienawidzonego krawata.

Jose Mujicę podziwia także Michaił Gorbaczow. W ubiegłym roku były przywódca Związku Radzieckiego zgłosił nawet prezydenta Urugwaju do Pokojowej Nagrody Nobla, określając go jako "żywy przykład wartości". 78-letni polityk z Montevideo budzi też zainteresowanie gwiazd popkultury. Kilka miesięcy temu spotkał się z zespołem Aerosmith, który koncertował w Urugwaju. Muzycy wręczyli mu w prezencie gitarę, a lider kapeli Steven Tyler nazwał prezydenta "wojownikiem o wolność". "On żyje zgodnie z poglądami, które głosi" - zachwycał się wokalista.

"Nie czuję się biedny"

Dlaczego urugwajski przywódca budzi takie pozytywne emocje? W dzisiejszym świecie, zdominowanym przez bezideowych i pazernych na pieniądze polityków, Jose Mujica jest bez wątpienia ewenementem. Prezydent, nazywany przez rodaków Pepe, zarabia miesięcznie

równowartość ok. 9,5 tys. euro. 90 proc. pensji oddaje jednak organizacji zajmującej się budową mieszkań dla najuboższych mieszkańców Urugwaju. Mujica zapewnia, że 900 euro w zupełności wystarcza mu do życia, a poza tym do domowego budżetu dokłada się żona - Lucia Topolansky, potomkini polskich imigrantów, która od kilku lat zasiada w senacie. "Potrzebuję niewiele do życia" - twierdzi Pepe, który po wyborze na prezydenta zrezygnował z przeprowadzki do luksusowej rezydencji i nadal mieszka w małym domku na przedmieściach Montevideo. Jego ulubioną formą spędzania wolnego czasu jest uprawa chryzantem. Do pracy Mujica dojeżdża garbusem z 1987 roku. W jego garażu stoi także traktor, chętnie wykorzystywany przez gospodarza do prac polowych. "Nazywają mnie najbiedniejszym prezydentem, ale ja nie czuję się biedny. Jeśli nie posiadasz wiele, nie musisz pracować całe życie jak niewolnik, żeby to wszystko utrzymać. Masz więcej czasu dla siebie" - przekonywał prezydent reporterów BBC.

 

Partyzancki "Robin Hood"

Źródeł dystansu do pieniędzy i pomnażania majątku należy szukać w barwnej przeszłości urugwajskiego prezydenta. Jose Mujica urodził się w rodzinie rolników mieszkających na obrzeżach Montevideo. Bardzo wcześnie zajął się polityką - w młodości był aktywnym członkiem Partii Narodowej, ale poglądy przyszłego prezydenta szybko uległy radykalizacji. Na początku lat 60. XX w. wstąpił w szeregi lewackiej partyzantki Tupamaros, której nazwa pochodziła od inkaskiego bohatera Tupaca Amaru II. Początkowo bojownicy zajmowali się głównie rabowaniem banków i rządowych magazynów. Przechwycone w ten sposób pieniądze czy żywność rozdawano urugwajskiej biedocie. Jednak w latach 70. działalność Tupamaros znacznie się zaostrzyła - partyzanci napadali na posterunki wojskowe i dokonywali zabójstw polityków (jedną z najgłośniejszych akcji było porwanie ambasadora Wielkiej Brytanii w 1971 r.). Jose Mujica brał udział w akcjach zbrojnych, był kilkakrotnie ranny. W 1973 r. trafił do więzienia, gdzie spędził blisko 14 lat, w tym kilkanaście miesięcy w ciasnej celi bez dostępu światła. Był torturowany i upokarzany. "Siedząc tam i mając do dyspozycji jedynie materac do spania zrozumiałem, czym jest prawdziwe szczęście" - opowiada dzisiaj.

W 1985 r., gdy do Urugwaju wróciła demokracja, Mujica został zwolniony z więzienia na mocy powszechnej amnestii dla więźniów politycznych. 24 lata później zwyciężył w wyborach prezydenckich.

Skromny geniusz futbolu

Urugwajczycy kochają prezydenta nie tylko z powodu jego skromności, ale także szczerości. Jose Mujica jest znany z tego, że nigdy "nie owija w bawełnę". Przekonali się o tym uczestnicy Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zrównoważonego Rozwoju, która odbyła się w 2012 r. w Rio de Janeiro. "Czy chcemy wszędzie przeszczepić model rozwoju i konsumpcji krajów bogatych? Pytam: jakie skutki dla naszej planety miałaby sytuacja, gdyby na każdego Hindusa przypadało tyle samochodów, ile przypada na Niemców? Ile tlenu by nam zostało? Czy Ziemia ma tyle zasobów naturalnych, by siedem czy osiem miliardów ludzi mogło żyć na tym samym poziomie konsumpcji i generować tyle śmieci, ile produkują najbogatsze społeczeństwa?" - uświadamiał José Mujica.

Jego cięty język doprowadził również do spięcia dyplomatycznego na linii Urugwaj-Argentyna. Kilka miesięcy temu, podczas jednej z konferencji, prezydent zapomniał o włączonym mikrofonie i pozwolił sobie na niewybredny komentarz dotyczący rządzącej Argentyną Cristiny Kirchner. "Ta stara jest gorsza niż jednooki" - stwierdził Mujica ("jednookim" złośliwi nazywali zmarłego cztery lata temu Nestora Kirchnera, prezydenta Argentyny i męża obecnej prezydent). Jose Mujica wstawił się również za urugwajskim piłkarzem Liverpoolu Luisem Suarezem, zawieszonym przez angielską federację za rasistowskie odzywki. "Nie ma nic rasistowskiego, w tym co zrobił. Niektórzy nie rozumieją Suareza i nie czytali chyba protokołu dyplomatycznego. Jest skromnym geniuszem futbolu" - przekonywał prezydent.

Gdzie trawka dostępna...

Pod rządami Jose Mujica Urugwaj kwitnie. Tygodnik "The Economist" uznał nawet południowoamerykańskie państwo za "kraj roku 2013". Kilka miesięcy temu władze w Montevideo zgodziły się na małżeństwa osób tej samej płci, co - zdaniem autorów raportu - zwiększyło ogólny poziom szczęścia bez żadnych nakładów finansowych. "To państwo odważne, liberalne i lubi dobrą zabawę" - przekonuje "The Economist". Zabawa może być jeszcze lepsza, ponieważ pod koniec ubiegłego roku Urugwaj jako pierwszy kraj na świecie zalegalizował uprawianie, sprzedaż i zażywanie marihuany Konopie indyjskie ma uprawiać maksymalnie 40 licencjonowanych producentów. Każdy Urugwajczyk może również zasadzić w domu do sześciu krzewów na użytek własny. Marihuanę (sprzedawaną w aptekach) ma prawo kupić, po uprzednim zarejestrowaniu, każdy dorosły mieszkaniec. Limit - 40 g miesięcznie, czyli około dwóch skrętów dziennie. Urugwaj nazywany bywa "małą Szwajcarią". Nie tylko ze względu na zamożność (zwłaszcza w porównaniu z innymi krajami kontynentu), ale także świetnie funkcjonującą demokrację. Korupcja jest tam zjawiskiem praktycznie nieznanym.

Źródło: wp.pl

 

Informujemy, że niniejsza strona wykorzystuje technologię "cookies" (tzw. "ciasteczka"). Aby dowiedzieć się o tym więcej, zapoznaj się z naszą Polityką cookies.

EU Cookie Directive Module Information